Wejście 00 Quiz 01 Instytut 02 Uniwersum 03

02 INSTYTUT

ODWAŻYSZ SIĘ OTWORZYĆ JEGO DRZWI?

Poznaj najnowszą powieść Stephena Kinga! Mocny jak TO, przerażający jak PODPALACZKA. Przekonaj się sam, jaką tajemnicę skrywa INSTYTUT…

Zjawiają się w nocy.
W ciągu dwóch minut eliminują wszystkie przeszkody.
I uprowadzają obiekt.
Interesują ich dzieci.
Wyjątkowe dzieci…

Luke Ellis budzi się w pokoju do złudzenia przypominającym jego własny, tyle że bez okien. Wkrótce orientuje się, że trafił do tajemniczego Instytutu i nie jest jedynym dzieciakiem, którego tu uwięziono. To miejsce odosobnienia dla nastolatków obdarzonych zdolnościami telepatii lub telekinezy. W Instytucie zostaną poddani testom, które wzmocnią ich naturalną, choć nadprzyrodzoną moc. Opiekunowie nie mają skrupułów – grzeczne dzieci są nagradzane, nieposłuszne są surowo karane. Wszyscy jednak, prędzej czy później, trafią do drugiej części Instytutu, a stamtąd nikt już nie wraca.
Gdy kolejne dzieci znikają w Tylnej Połowie, Luke jest coraz bardziej zdesperowany. Musi uciec i wezwać pomoc. Bo jeśli komuś miałoby się udać, to właśnie jemu.
Tylko że nikt dotąd nie uciekł z Instytutu.

CZYTAJ TAK, JAK LUBISZ

Oprawa miękka

Oprawa twarda

Plik audio

E-book

Płyta CD

OD AUTORA

Jeśli pozwolisz, Wierny Czytelniku, napiszę kilka słów o Russie Dorze.
Poznałem go ponad czterdzieści lat temu – grubo ponad – w mieście Bridgton w Maine, gdzie był jedynym asystentem medycznym w ośrodku, w którym pracowało trzech lekarzy. Zajmował się większością pomniejszych problemów zdrowotnych mojej rodziny, od grypy żołądkowej po infekcje uszne dzieci. W przypadku gorączki miał w zanadrzu standardowy dowcip, że należy pić czyste płyny: „tylko gin i wódkę”. Zapytał mnie o zawód, a ja powiedziałem, że piszę powieści i opowiadania, głównie takie straszne, o zjawiskach parapsychicznych, wampirach i różnych innych monstrach.

„Przykro mi, nie czytuję takich rzeczy” – powiedział, a wtedy jeszcze żaden z nas nie miał pojęcia, że kiedyś Russ będzie czytał wszystko, co napiszę, zwykle w formie maszynopisu, nieraz kiedy jeszcze pracowałem nad tekstem. Oprócz mojej żony tylko on oglądał moje utwory, zanim były w pełni ubrane i gotowe na zbliżenie.

Zacząłem mu zadawać pytania, początkowo o sprawy medyczne. To właśnie od Russa dowiedziałem się, że grypa zmienia się z roku na rok, przez co każda nowa szczepionka staje się bezużyteczna (to było na potrzeby Bastionu). Dał mi listę ćwiczeń stosowanych wobec pacjentów w śpiączce, żeby nie doszło do zaniku mięśni (to na potrzeby Martwej strefy). Cierpliwie tłumaczył, w jaki sposób zwierzęta zarażają się wścieklizną i jak ta choroba postępuje (to do Cujo).

Czytaj dalej

Zakres jego kompetencji stopniowo się rozszerzał, a gdy Russ zrezygnował z pracy w medycynie, został moim researcherem na pełen etat. Na potrzeby Dallas ’63 – książki, której dosłownie nie napisałbym bez niego – razem odwiedziliśmy Teksańską Składnicę Podręczników i podczas gdy ja chłonąłem nastrój tego miejsca (szukałem duchów… i je znajdowałem), on robił zdjęcia i pomiary. Gdy udaliśmy się do kina Texas, w którym schwytano Oswalda, to właś­nie Russ zapytał, co grali tamtego dnia (był to podwójny seans Cry of Battle i War is Hell).

Do Pod kopułą zebrał całe tony informacji na temat mikroekosystemów takich jak ten, który próbowałem stworzyć, począwszy od wydajności generatorów prądu aż po odpowiedź na pytanie, na jak długo wystarczyłyby zapasy żywności; najbardziej dumny był jednak wtedy, gdy mnie spytał, czy może wymyślić źródło tlenu dla moich bohaterów – coś w rodzaju zbiorników do nurkowania – wystarczające na jakieś pięć minut. Potrzebowaliśmy go do kulminacji powieści, a ja byłem w kropce. Russ również, dopóki pewnego dnia nie utknął w korku i nie przyjrzał się uważnie samochodom dokoła.

„Opony – powiedział. – W oponach jest powietrze. Na pewno śmierdzące i o paskudnym zapachu, ale dałoby się nim oddychać”. I tak oto, Drogi Czytelniku, stanęło na oponach.

Cała książka, którą właśnie przeczytałeś, nosi odciski palców Russa, od badania BDNF-u noworodków (owszem, to autentyk, tylko trochę fabularyzowany) aż po metodę uzyskania trującego gazu z powszechnie dostępnych produktów (dzieci, nie próbujcie tego w domu). Zweryfikował każde zdanie i każdy fakt, wspierając mnie w drodze do tego, co zawsze było moim celem: by uczynić niemożliwe prawdopodobnym. Był olbrzymim, jasnowłosym, barczystym mężczyzną, który lubił żarty, piwo i puszczanie fajerwerków na Święto Niepodległości. Wychował dwie wspaniałe córki i był przy żonie w trakcie długiej śmiertelnej choroby. Pracowaliśmy razem, ale był również moim przyjacielem. Byliśmy simpatico. Ani razu się nie pokłóciliśmy.

Russ zmarł na niewydolność nerek jesienią 2018 roku i cholernie za nim tęsknię. Jasne, zawsze wtedy, kiedy potrzebuję informacji (ostatnio na temat wind i iPhone’ów pierwszej generacji), ale znacznie bardziej, gdy zapomnę, że już go nie ma, i myślę sobie: Hm, powinienem zadzwonić do Russa albo wysłać mu maila z pytaniem, co u niego. Tę książkę zadedykowałem moim wnukom, ponieważ opowiada głównie o dzieciach, ale to właśnie o Russie myślę, kie-dy kończę nad nią pracować. Strasznie trudno się żegnać ze starymi przyjaciółmi.

Brakuje mi ciebie, chłopie.

Zanim skończę, Wierny Czytelniku, powinienem podziękować tym co zwykle: mojemu agentowi Chuckowi Verrillowi, Chrisowi Lottsowi, który zajmuje się prawami do wydań zagranicznych i znalazł kilkanaście różnych sposobów na powiedzenie „Czy mnie słyszysz?”, Randowi Holstenowi, który załatwia kontrakty filmowe (ostatnio dużo ich było), oraz Katie Monaghan, odpowiedzialnej w Scribnerze za promocję. Olbrzymie podziękowania należą się Nan Graham, która zredagowała tę książkę pełną ruchomych elementów, równoległych linii czasowych i dziesiątek postaci. Uczyniła tę powieść lepszą. Muszę również podziękować Marshy DeFilippo, Julie Eugley i Barbarze MacIntyre, które odbierają telefony, umawiają spotkania i którym codziennie zawdzięczam niezbędne godziny na pisanie.

Wreszcie dziękuję moim dzieciom – Naomi, Joemu i Owenowi – oraz mojej żonie. Jeśli mogę pożyczyć sformułowanie od George’a R.R. Martina, ona jest moim słońcem i gwiazdami.

17 lutego 2019

OD TŁUMACZA RAFAŁA LISOWSKIEGO

Stephena Kinga wszyscy nazywają mistrzem horroru, ale dla mnie jest przede wszystkim mistrzem opowieści – zwłaszcza tej niespiesznej, gawędziarskiej, prosto z prowincjonalnej Ameryki, strachy zaś najbardziej straszą u niego wtedy, gdy odzwierciedlają traumy życia codziennego. Jeśli więc kierować się tymi kryteriami, „Instytut” to King ze wszech miar klasyczny. Już sama objętość blisko 700 stron w polskich wydaniu oznacza Całe Mnóstwo Słów. Powiedzieć, że tempo powieści jest nieśpieszne, to nic nie powiedzieć – i przyznam, że między innymi z tego względu nie tłumaczyło się jej wcale łatwo. Tu jest naprawdę dużo powolnego budowania historii, nad którą trzeba zapanować. Początkowe kilkadziesiąt stron rozgrywających się w zapadłej mieścinie DuPray skradło moje serce; mógłbym już tak do końca książki tłumaczyć przyziemne perypetie byłego policjanta Tima, który przez przypadek (motto książki: „wielkie wydarzenia poruszają się na małych zawiasach”) trafia na prowincję w Karolinie Południowej i próbuje tam sobie ułożyć nowe życie. Jakaż to była niespodzianka, kiedy nagle przyszło się z nim rozstać na kolejne kilkaset stron.

Czytaj dalej

Zasadnicza część powieści rozgrywa się zaś w tytułowym Instytucie, tajemniczej (oczywiście) placówce gdzieś w lasach Maine (oczywiście), do której porywa się dzieci, by wykorzystywać ich zdolności parapsychologiczne. Tutaj spotykają się co najmniej dwa kolejne kawałki z albumu „Greatest Hits by Stephen King”: telekineza na spółkę z telepatią oraz motyw młodocianych bohaterów na skraju dojrzewania. Każdy czytelnik odnajdzie w nich echa wcześniejszych młodych bohaterów Kinga, a wielu jeszcze przed premierą książki układało równanie „młodzież + tajny instytut = Stranger Things”, sugerując, jakoby historia zatoczyła koło i serial inspirowany Kingiem zainspirował Kinga, ja jednak nie szukałbym w tym kierunku. Mnie rozmowy zmuszonych do bezczynności nastolatków zabijających czas w świetlicy między jednym a drugim eksperymentem przywiodły na myśl młodzieżowy klasyk z autentycznych lat osiemdziesiątych, „The Breakfast Club” (Klub winowajców). Złapałem się na tym, że gdy tłumaczę sceny w świetlicy czy stołówce, stoi mi przed oczami coś na kształt wnętrza biblioteki z filmu Johna Hughesa, natomiast buntownik z Instytutu, Nick, tak jakby trochę miał dla mnie twarz Judda Nelsona. Wrażenie było tym silniejsze, że chociaż nowa powieść Kinga rozgrywa się współcześnie, jej bohaterowie kojarzą się z czasami dawniejszymi, choćby dzięki słownictwu, jakim wujek Stephen każe im się posługiwać. Nie wiem, czy to celowe, czy może ulubione powiedzenia pisarza tak mocno siedzą mu w głowie, że ozdabia nimi mowę nastolatków z końca drugiej dekady XXI wieku. Mam jednak nadzieję, że choć trochę z tego zachowało się w przekładzie. I że najwierniejsi polscy czytelnicy Mistrza, którzy wszystkie jego książki mają wyryte w pamięci, zauważą, że ilekroć King cytuje sam siebie (a w każdym razie ilekroć ja zdołałem to wychwycić), również w tłumaczeniu „Instytutu” – o ile to było możliwe, bo czasem niestety nie – odbijają się echa wcześniejszych polskich przekładów.

Przede wszystkim jednak „Instytut” jest moim zdaniem książką o Ameryce, jak to często u Kinga bywa. Sam pisarz co prawda zarzeka się, że nie bawi się w pisanie alegorii w stylu Orwella, a gdy Donald Trump kazał na granicy z Meksykiem pozamykać imigranckie dzieci w klatkach, książka o odbieraniu dzieci rodzicom była już na zaawansowanym etapie, ale nie sposób nie zauważać analogii. Jeśli chodzi o odniesienia do bieżącej polityki, King nie bawi się w subtelności; Trumpowi niejedną szpilę wbija bezpośrednio, a inspiracji do buntu każe szukać w dawnym haśle wyborczym Hilary Clinton. Dla mnie jednak, jeżeli tytułowy Instytut traktować jako symbol Stanów Zjednoczonych (zwłaszcza w zakresie polityki militarnej i zagranicznej), to King nie bierze pod lupę zaledwie kilku ostatnich lat epoki postprawdy, ale całe dwie ostatnie dekady: znajdziemy tu echa ery Busha i Obamy razem z misją zbawiania świata, walką z terroryzmem, „rozszerzonymi technikami przesłuchania” i zdalnymi nalotami za pomocą dronów. Jeśli wziąć pod uwagę to wszystko, przestanie wydawać się tylko zbiegiem okoliczności, że „Instytut” miał premierę w przeddzień kolejnej rocznicy ataku na World Trade Center (a w Polsce dzień później, czyli dokładnie w tę rocznicę). King, jak to King, zanurza całość w nadprzyrodzonym sosie, bynajmniej jednak nie czerpie ze świata fantazji, a antagonistami nie są tu klauni z kosmosu ani nawiedzone hotele, ale ludzie z krwi i kości realizujący swój na pozór racjonalny plan. I to właśnie powinno nam się wydać najbardziej przerażające.

Rzecz jasna ostatecznie można wcale nie czytać „Instytutu” przez pryzmat aktualnych wydarzeń czy diagnozy współczesnej Ameryki, ale po prostu jako kolejną historię doświadczonego arcyrzemieślnika o walce dobra z ze złem, w której młodzi bohaterowie muszą nauczyć się działać razem – i wtedy również emocje gwarantowane. Nie jest to horror sensu stricto (choć niepozbawiony niepokojących sekwencji), raczej coś w rodzaju „thrillera nadnaturalnego”. Ogólnie moim zdaniem – warto!

Na koniec drobna osobista refleksja. Jakoś tak to się układa, że kiedy tłumaczę Kinga, często nie obywa się bez wątku komunikacyjnego. Od czasu przełożenia „Langolierów” inaczej myślę o każdym nocnym locie samolotem, bo nie wiem, czy przypadkiem ziemia nie znikła spod nas na zawsze. Tym razem co prawda obyło się bez traumy, z rozrzewnieniem wspominam natomiast wątek kolejowy „Instytutu”, który wymagał dość wnikliwych studiów terminologicznych. Nawet o czymś takim jak marniejące amerykańskie kolejnictwo King potrafi pisać z dużym sercem. Gdy teraz jadę pociągiem, inaczej patrzę na każdą mijaną bocznicę.

Rafał Lisowski

OD LEKTORA MACIEJA KOWALIKA